Dla planety rezygnuję z samolotów

Gdy napisałam tekst o tym, że zostały mi 33 lata życia, część z Was zarzuciła mi, że moje zachowanie jest niespójne - bo jak to z jednej strony mówię, że źle się dzieję na naszej planecie i niebawem globalne ocieplenie przyczyni się do jej kresu, a z drugiej strony, mówię, że kupiłam bilet. Bilet lotniczy. Jak się jedno trzyma drugiego, skoro chciałabym pożyć trochę dłużej, a jednocześnie rozbijam się po świecie złymi samolotami, które zostawiają po sobie ogromny ślad węglowy? Mam świadomość, że jako twórca powinnam brać odpowiedzialność za swoje teksty i nie namawiać Was tylko do hedonistycznego podejścia do życia (którego jestem ogromnym zwolennikiem), ale też przeanalizować wszystkie inne rozwiązania i możliwości. I tak przyszła do głowy jedna myśl - dla planety rezygnuję z samolotów. Ładną pogodę tu mają, więc zostaję na Cyprze. Bo inaczej niż samolotem wrócić się nie da.




No dobra, żartowałam. Co więcej, nawet już kupiłam bilet powrotny do Polski. I raczej nie będzie zaskoczeniem, że zdecydowałam się na podróż drogą powietrzną. Z wyspy w zasadzie każda inna forma transportu raczej nie ma racji bytu. Czy to oznacza, że zupełnie się nie przejmuję środowiskiem i latam sobie beztrosko, przyczyniając się do jego zguby? Może i tak, ale dla mnie w ekologii, jak i we wszystkim innym trzeba zachować zdrowy rozsądek.

Biorąc za przykład mój lot na trasie Larnaka - Warszawa - według kalkulatora śladu węglowego lot na tej trasie w klasie ekonomicznej wyemitował 0,16 ton śladu węglowego. Podeszłam do sprawy całkiem poważnie i rozważyłam, czy teoretycznie jest inna możliwość wydostania się z wyspy niż drogą powietrzną. Alternatywną opcją wydaje się być jedynie rejs na Mykonos, a stamtąd rejs do Aten, a stamtąd 45 godzin podróży autobusem, co wygenerowałoby 0,24 ton śladu węglowego. Czyli sporo więcej niż lot samolotem, a przecież musimy dodać jeszcze dwa rejsy...

Pomijając więc zupełnie fakt wygody takiej podróży oraz tego, ile czasu by mi ona zajęła, powstaje pytanie, czy samolot to zawsze największe zło? Jak widać wyliczenia mogą nas czasami zaskoczyć. Choć oczywiście to nadal nie zmienia faktu, że taki lot samolotem nie pozostaje dla środowiska bez znaczenia. Może więc lepiej po prostu usiąść na dupie i się z domu nie ruszać? Albo wybrać na podróż dookoła świata rowerem? Bardzo polecam tekst o tym, w jaki sposób podróżować, mając na względzie ślad węglowy autorstwa post-turysta.

I tak planeta jest dla mnie ważna, ale ważna jestem też dla siebie ja sama. I może to egoistyczne podejście, które doprowadza nasz świat to zagłady, ale nie zamierzam zrezygnować z podróży i odkrywania świata na rzecz ekologii. Pewnie w dużej mierze właśnie dlatego, że bywam egoistyczna, ale przede wszystkim dlatego, że to nie zmieni tak wiele, jak Ci się wydaje. I nie, nie jestem jedną z tych osób, które mówią, że beze mnie ten samolot też poleci, bo doskonale zdaję sobie sprawę z funkcjonowania podstawowych zasad rynku - im mniejszy popyt, tym mniejsza podaż.




Ślad węglowy to nie tylko samoloty. Codziennie można przyczyniać się do jego mniejszej emisji - wybierając wege burgera zamiast tego z wołowiny, pijąc kranówkę zamiast wody z plastikowych butelek, rezygnując z napojów w puszkach, nie biorąc słomek w knajpach itd. I oczywiście, że mając świadomość emisji śladu węglowego, gdy będę się chciała wybrać na przykład do Berlina, to prędzej zdecyduję się na podróż autobusem lub pociągiem niż samolotem. I staram się przykładać do tego jak największą uwagę i minimalizować swój udział w niszczeniu Ziemi, ale ekologia ma dla mnie granice. Według google maps w 20 dni (z dwoma przeprawami promowymi) mogłabym również przyjść do Polski pieszo. To przecież da się zrobić. Tylko, że ja wolę wsiąść w ten samolot i po prostu wrócić do domu. I pewnie, że mogłam wybrać na Erasmusa Wilno czy Pragę i nie musieć lecieć tam samolotem, ale dokonałam innego wyboru. Ja mam świadomość, że te działania nie zrównoważą emisji węglowej spowodowanej lotami samolotem, ale to chociaż mały krok. Małym krokiem, które można równie łatwo zrobić jest dorzucenie kwoty do ceny biletu, która zostanie przeznaczona na zniwelowanie emisji śladu węglowego spowodowanego Twoim lotem. Ja taką opcję w Ryanair wybrałam, kupując mój lot do Polski. I choć wiem, że jedno euro nie naprawi sprawy, to robię tyle, ile potrafię, by pomóc.

Moja profesor od prawa ochrony środowiska opowiedziała nam o pewnej rozmowie - niedawno była na konferencji dotyczącej prawa ekologicznego w Wielkiej Brytanii i została przez znajomych zapytana, że jak to?! Ona poleciała samolotem? I to taki kawał - z Cypru do Wielkiej Brytanii? I jak się to ma do tego, że jest ekologiczna?! Na co ona odpowiedziała, że uważa, że bardziej przyczyni się dla dobra planety, próbując poprawić rozwiązania prawne dotyczące prawa ochrony środowiska, niż rezygnując z lotów. Bo nasze małe działania nie są bez znaczenia i warto robić tyle, ile możesz, ale prawdziwa zmiana dalszych losów Ziemi wymaga znacznie większych działań i odgórnych regulacji.

Każdy ma swoją granicę ekologii, granicę poświęcenia dla dobra Ziemi. Ktoś potrafi zrezygnować z podróży, ale korzystanie z kubeczka menstruacyjnego, to już zbyt duże wyzwanie, podczas gdy dla kogoś innego codziennością jest używanie kompostownika w mieszkaniu w bloku, ale ma taką pracę, że codziennie jeździ samochodem. Każdy ma swoje granice i to jest w porządku - to że dla Ciebie łatwiej jest zrezygnować z podróży samolotem niż z posiadania potomstwa, nie oznacza, że dla drugiej osoby nie będzie dokładnie odwrotnie. Nie musisz robić wszystkiego, bo najważniejsze to robić cokolwiek, troszczyć się, a podejmując codzienne decyzje mieć świadomość ich konsekwencji. Dla planety rezygnuję z samolotów - czy warto? Czy jesteś w stanie to zrobić? Z tym pytaniem zostawiam już Ciebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój dobre słowo, motywująca krytyka są dla mnie motorem do działania! Zostaw ślad po swojej obecności. :)