Czy postanowienie musi być zakazem?

Parę dni temu skończył się Wielki Post. Dla mnie, jako katolika, post to świetny powód, żeby coś sobie postanowić. To dobry czas, by popracować nad sobą, podjąć jakieś wyzwanie i pokonać swoje słabości. I pewnie, że post zupełnie do tego potrzebny nie jest, ale no co Cię będę oszukiwać - ja tak bez powodu to średnia w postanowienia jestem. Jasne, wyznaczam sobie jakieś cele i małymi krokami do nich dążę, ale postanowienia na zasadzie to teraz "miesiąc bez..." itd. - no jakoś mi nie wychodzą. Nie mam wystarczająco dużo samozaparcia i jakoś odpuszczam takie pomysły. Dlatego dla mnie dobrym bodźcem jest właśnie Wielki Post, bo mam większy cel niż tylko pokonanie swoich słabości i trwanie w postanowieniu nabiera dla mnie sensu. Ale to tak tylko gwoli wstępu - przechodząc do sedna, chcę Ci dzisiaj opowiedzieć o moim podejściu do postanowień w ogóle, nie tylko tych wielkopostnych. Bo tak się ostatnio zastanawiałam, czym są dla mnie postanowienia i jakie ja mam do nich podejście. I doszłam do wniosku, że chyba postrzegam to całe robienie postanowień trochę nieszablonowo i bardzo daleko mi do tego, by traktować postanowienie jako jakiś zakaz, który sama na siebie nakładam.





Dla mnie postanowienie nie jest zakazem. To kwestia wyboru i decyzji. Postanowienie to dla mnie forma motywacji, pretekstu do zmian i działania. To też forma wyrabiania nowych nawyków. Postanowienia nigdy nie są dla mnie czymś absolutnie bezwzględnym i sztywnym. Zawsze podchodzę do tematu dość elastycznie. Znam siebie i swoje reakcje i mam świadomość, że gdybym nastawiała się, że jak coś sobie postanawiam, to tak ma być i koniec, a postanowienia traktowała jako formę nakazów czy zakazów, to byłby z tego wielki guzik i tyle.

Skoro postanowienia nigdy nie są dla mnie czymś sztywnym, to nie postrzegam odstępstw od tego, co sobie założyłam, jako "złamania postanowienia". Ma to dla mnie bardzo negatywny i demotywujący wydźwięk. I możesz teraz uznać, że ja oszukuję samą siebie, nie przyznaję się do porażki i wmawiam sobie, że coś robię, po czym się tego nie trzymam i tłumaczę sobie, że przecież moje postanowienie nie zakładało 100% sukcesu. Możesz mi też powiedzieć, że w takim razie zamiast z czegoś zrezygnować, to mogłabym to tylko ograniczyć i wtedy byłabym fair wobec samej siebie. No właśnie - tylko dobrze wiemy, że jeżeli założysz, że np. ograniczasz słodycze, to nie masz konkretnego punktu odniesienia, miernika, na podstawie którego potem zweryfikujesz, czy się udało.



A ja po prostu skupiam się na tym, co dobre, na tym, co się udało i to mnie motywuje, żeby dalej sobie działać małymi kroczkami. I nie widzę w tym żadnego oszustwa i zakłamania rzeczywistości. Dla mnie po prostu postanowienie to coś dodatkowego, coś, co robię "ponad program". Więc skupiam się na każdym małym sukcesie i na tych dniach, w których się udało, zamiast roztkliwiać się nad tym, że nie pykło i "złamałam postanowienie". Nie postrzegam postanowień jako zakazów, które łamię, bo gdyby tak było, to za złamanie powinna być jakaś kara. A przecież nie ma. To znaczy mogłabym karać siebie samą, ale wtedy... to by było już zupełnie bez sensu.

Celem robienia postanowień jest dla mnie praca nad sobą, polepszanie siebie, pozbywanie się złych nawyków czy wyrabianie dobrych. W każdym razie to narzędzie, które ma być środkiem do rozwoju, motywatorem i jakąś wartością dodaną. Gdybym skupiała się na tym, że poniosłam porażkę i "złamałam postanowienie" to nie trwałabym w nim dalej, bo nie miałoby dla mnie zwyczajnie sensu. A przecież postanowienie to coś, co robię "in plus", więc każdy dzień trwania w nim to sukces, a przy "złamaniu" wychodzę na 0 - jest tak jak było przed, więc nie ma żadnej tragedii, nie ma nad czym ubolewać ani za co się karać.

W tym roku Wielki Post zaczął się 6 marca. Ja sobie postanowiłam, że nie będę piła alkoholu. Pierwszy raz napiłam się... 8 marca. Gdybym skupiała się na tym, że "złamałam postanowienie" to dla mnie już dalej nie byłoby sensu, żeby w tym trwać i próbować. Ale nie traktuję postanowień jako zakazów, tylko jako formę motywacji i dzięki temu wypiłam znacznie mniej, niż bym wpiła bez tego postanowienia. I wiesz co? To, że w ciągu tych 40 dni zdarzyły się dni, w których się napiłam, nie oznacza, że mi się nie udało - ja i tak uważam, że się udało, dużo mi to dało i kurde no, jestem dumna! A na sam koniec - najważniejsze, żeby Twoje podejście działało i sprawdzało się u Ciebie. Inni naprawdę nie muszą go rozumieć. Nie wszystko musi być takie zero - jedynkowe i już!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój dobre słowo, motywująca krytyka są dla mnie motorem do działania! Zostaw ślad po swojej obecności. :)