Nie szukam drugiej połówki

Walentynki. Czas podzielić się na dwa obozy- uwielbiać albo krytykować na każdym kroku. Albo wykorzystać ten dzień, jako pretekst i pomyśleć sobie o związkach i relacjach w ogóle. O tym, co jest warte zachodu, a co niekoniecznie. I czym ta miłość tak naprawdę jest. Albo inaczej - czym jest dla Ciebie i co sprawia, że dana relacja ma sens i dalej chcesz o nią zabiegać. Co sprawia, że chcesz te Walentynki spędzić z tą "drugą połówką". Ale tak naprawdę autentycznie chcesz, a nie spędzasz, bo tak wypada, bo taka presja społeczna, bo to w końcu Walentynki, a to Twoja "druga połówka", więc to normalne, że spędzicie ten dzień razem, nawet jeśli niekoniecznie masz poczucie, że wszystko jest okej. I powiem Ci, że właśnie tak sobie z okazji tych Walentynek ze statusem w związku: wolny, siedzę i myślę, że ja zdecydowanie nie szukam drugiej połówki.





Druga połówka, ah... To chyba jeden z najczęściej używanych zwrotów w walentynkowym okresie. Wiecie - lista pomysłów na prezent dla drugiej połówki, gdzie pójść na randkę z drugą połówką, jak sprawić radość drugiej połówce itd. W końcu jesteśmy, jak dwie połówki jabłka, a życie połowy jabłka byłoby zupełnie bez sensu. To całe ma szansę dojrzeć i być w fazie swojej świetności. Połówka to jakaś gorsza, niepełna wersja. Czegoś brakuje. Przecież to dopiero życie z drugą połówką nabiera sensu! Wtedy stajemy się jednością, kompletną całością. Bzdura! Bullshit i tyle. Ja tam nie szukam drugiej połówki. Jestem całością. Nie potrzebuję kogoś, żeby tworzył moje uzupełnienie tak, jakbym sama nie była kompletna i wystarczająca sama w sobie. Strasznie głupie to myślenie i presja, że trzeba sobie wreszcie znaleźć drugą połówkę, bo jak to tak żyć bez niej? Bo przecież życie bez drugiej połówki jest kompletnie pozbawione sensu i celu, jakieś takie... niepełne, bo przecież brakuje połowy nas! Połowy, która sprawi, że będziemy spełnieni i szczęśliwi, bo w końcu uda nam się wspólnie utworzyć całość.

A ja powiem Ci coś innego. To Ty jesteś całością. Kompletną, piękną i pełnowartościową. I żaden drugi człowiek obok nie sprawi, że dopiero wtedy Twoje życie nabierze sensu i stanie się bardziej pełnowymiarowe. Pomyślisz sobie teraz - co za głupia baba, myśli, że taka wyzwolona i samowystarczalna, że chłop, związek i miłość to głupie bzdury, których ona nie potrzebuje, bo sama w sobie jest tak zajebista, że nikt do szczęścia potrzebny jej nie jest. A ja bardzo daleka od takiego twierdzenia jestem. Bo związki są fajne. A miłość jeszcze fajniejsza. Ale ideą związku jest dla mnie relacja dwóch osób, które są w pełni świadome swojej wartości i nie uzależniają swojego szczęścia i spełnienia od istnienia w ich życiu, bądź nie "drugiej połówki".


Takie drugopołówkowe myślenie nie wprowadza w życiu nic dobrego. Byłabym skłonna stwierdzić, że wręcz przeciwnie - to bardzo prosta droga do toksycznej relacji i sprawienia, że związek jest jedynym filarem szczęścia w życiu i gdy związek się rozpada, całe życie się wali. A to nie powinno tak działać, bo takie poczucie sprawia, że kurczowo trzymamy się czegoś, co już dawno przestało dobrze działać, co już dawno się wypaliło - no ale jak żyć, gdy stanowimy tylko połowę? Poczucie bycia całością i doceniania życia w pojedynkę jest podstawą dobrych relacji. Bo nie chodzi o to, żeby dopiero razem tworzyć całość, żeby to druga osoba sprawiała, że czujesz się człowiekiem pełnowartościowym, ale żeby spotkały się dwie osoby, kochające swoje życie i potrafiące się nim cieszyć i w jakiś sposób skrzyżowały swoje drogi, nie uzależniając swojego szczęścia od siebie nawzajem, a jedynie to szczęście dopełniając.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój dobre słowo, motywująca krytyka są dla mnie motorem do działania! Zostaw ślad po swojej obecności. :)