Gdy nic Ci nie wychodzi

Czasami jest tak, że po prostu nic nie wychodzi. Nawet mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. I coś w tym jest, bo zazwyczaj jedna porażka ciągnie za sobą drugą, a ta po chwili sprawia, że spada na nas lawina nieszczęść. Czy tak jest rzeczywiście, czy po prostu wtedy zaczynamy bardziej pesymistycznie patrzeć na świat i dostrzegamy tylko to co jest na nie, a to dobre pomijamy? Cóż... można i tak twierdzić i pewnie sporo w tym jest prawdy. Ale z drugiej strony - przecież po burzy wychodzi słońce. Życie nie jest zawsze równe i jednostajne- równomiernie urozmaicone sukcesami i porażkami. Czasami bywa i tak, że jedno z nich przeważa. Ale wiesz co? Nawet, gdy nic Ci nie wychodzi, to nie wychodzi Ci teraz. To minie. To nie jest stan niezmienny, który będzie trwał wiecznie. Nie ma takiej opcji.






Wiadomo, że gdy raz na miesiąc się postarasz i zrobisz porządny obiad, to właśnie talerz z tym obiadem wymsknie ci się z ręki i potłucze w drobny mak. I będziesz się zastanawiać, czemu stało się to, gdy wreszcie pozwoliłaś sobie na krewetki, a nie gdy był to kurczak? Oczywiście, że jak się poślizgniesz na schodach i z nich spadniesz (zresztą nic takiego nadzwyczajnego), to akurat nabijesz dwa siniaki większe od Twojej pięści. O! I jeszcze zrobisz to w Barcelonie, dzień przed swoimi urodzinami. A potem zupełnie przypadkiem potłuczesz litr (!) wódki. Gdy cieszysz się, że opracowałaś już cały materiał na zaliczenie, a okazuje się, że pominęłaś jeszcze ze sto stron. Tak- to wszystko o mnie.

Czasami mam wrażenie, że jestem chodzącym pechem. Nawet moja rodzina śmieje się, że lepiej, żebym siedziała w domu i nigdzie się z niego nie ruszała, bo kiedyś sobie zrobię jakąś poważną krzywdę. To trochę tak, jakbym miała kupione teraz bilety do Paryża czy Berlina i nie pojechała, bo przecież może stać się coś złego. Ale coś złego może stać się zawsze i wszędzie. Przecież w domu, też mogę niechcący, rozkładając wersalkę, upuścić ją na stopę, prawda? No mi się zdarzyło już kilka razy... Cóż...

Czy to sprawia, że siedzę w domu i rozpaczam, zastanawiając się, czemu mam takiego pecha i ciągle mi coś nie wychodzi? Może w zasadzie powinnam przestać się uczyć do najtrudniejszego w tej sesji egzaminu, bo skoro nic mi nie wychodzi, to i tak jestem skazana na niepowodzenie (w dodatku mam już o jednego zęba mądrości mniej!). No bez sensu pracować nad czymś, jeżeli to z góry jest skazane na porażkę.




Ale wiecie co? To tak nie działa. Ja wiem, że po prostu skumulowało mi się w jednym czasie trochę pecha. I tak po prostu bywa. W którymś momencie to już nawet zaczyna bawić. Ale to nie oznacza, że boję się podejmować nowe wyzwania i iść dalej, że boję się po prostu żyć, albo że nie potrafię się cieszyć codziennością. Nie oznacza to, że się poddaję.

Bo przecież po burzy zawsze wychodzi słońce. A w trakcie też czasami przebijają się promienie słoneczne, a niebo trochę się przeciera. I to tych promyków trzeba szukać, bo one dają siłę i motywują. I tak cieszę się, że mogłam polecieć do Barcelony i odwiedzić przyjaciółkę, spędzić świetny czas, relaksować się na plaży. A siniaki? Za rok pewnie nie będę o nich pamiętać, a wspomnienia zostaną. Więc cieszę się, że nic mi się nie stało i wróciłam do domu w całości. Gdzie kupiłam kolejny litr wódki, by świętować swoje urodziny w gronie wspaniałych ludzi, na których wiem, że mogę liczyć. I cieszyć się przepięknymi prezentami. Doceniać to, że przerobiony materiał,  to ten najistotniejszy, więc może nie będzie aż tak źle, jak się z pozoru wydaje.

Poza tym, porażki uczą. Uczą wytrwałości i pokory. Dodają siły, bo za każdym razem wstajemy mocniejsi. A przede wszystkim sprawiają, że po wszystkich przeciwnościach to, co dobre cieszy dużo bardziej. No to co? Byle do przodu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój dobre słowo, motywująca krytyka są dla mnie motorem do działania! Zostaw ślad po swojej obecności. :)