Presja społeczna, czyli o tym, jak masz żyć

Czasami mam wrażenie, że pewne rzeczy bierze się za pewnik. Ot, po prostu taki funkcjonuje życie, tak się robi, tak trzeba i tyle. To normalne, każdy tak robi, więc ja też. Nic nadzwyczajnego. Stąd też te niekończące się pytania: - a masz już Kasiu jakiegoś chłopaka? , - a kiedy ślub, moja droga?, - no ja myślę, że dzieci to planujecie już niedługo, w końcu to najwyższa pora!, - jak tam, rozglądacie się za jakimś mieszkaniem? Skoro wszyscy w kółko pytają o to samo, to znaczy, że taki jest schemat działania i tak powinno się postąpić i tyle. I nawet w którymś momencie bierze się te wszystkie schematy i utarte plany działania za własne cele i marzenia i do nich się dąży. 





O niezręcznych pytaniach, które wywołują krępującą ciszę napisano już wiele. Coraz częściej mówi się o tym, że naprawdę nie wypada na forum pytać o to, kiedy ślub, a kiedy dzieci i czy już się staracie o kredyt na mieszkanie. Coraz więcej też pomysłów na to, jak z takich pytań, zadawanych przez ciocie, które się widzi raz na rok, żartobliwie wybrnąć, gdy niekoniecznie chce się na nie odpowiadać. Ale skoro już wiadomo, że nie powinno się i nie wypada, to ja dzisiaj nie o tym. Bo o ile mnóstwo pytań jest nietaktownych i często można nieumyślnie sprawić drugiej osobie ból takim dociekaniem, to mam wrażenie, że te wszystkie natarczywe pytania niosą ze sobą zupełnie inny problem - presję społeczną i narzucanie jednego, właściwego schematu życia. 

Wynajmowane mieszkanie? Bez sensu! Kto to myślał, żeby jeździć po świecie, a własnej chałupy nie mieć! Podróży im się zachciało, a dachu nad głową nie mają... Łożyć obcemu do kieszeni, zamiast spłacać raty kredytu na swoje, bez sensu zupełnie. Bo nie ma to jak mieć swoje! Co jak co, ale mieszkanie to trzeba mieć. Najlepiej od razu trzypokojowe, żeby miejsce dla dzieci było. Albo domek z ogródkiem, o to już by było idealnie. 

Mąż jest? No wiadomo, że jest, bo przecież bycie singlem to straszne nieszczęście. A związek musi być trwały, stabilny i zalegalizowany. Trzydziestka na karku? No to czas na dzieci. Najwyższa pora. Zegar biologiczny tyka. Nie chcesz dzieci? No co ty... instynkt ci się odezwie jak będzie za późno i będziesz żałowała, że zmarnowałaś swoją szansę, zmarnowałaś życie. To już ostatni dzwonek, będziesz szczęśliwa. Na pewno! 

No ale za nim dzieci, to trzeba by znaleźć pracę. Najlepiej dobrze płatną i na etacie. A czy ją lubisz, rozwijasz się w niej i czy sprawia ci przyjemność, to już mało istotne. W końcu to praca, nie musi być przyjemna. Grunt, żeby była stabilna, z urlopem, świadczeniami socjalnymi i dobrą pensją, która regularnie dziesiątego wpływa na konto. 



I tak słuchasz tych pytań i wiesz, że trzeba sobie znaleźć porządnego faceta, który będzie dobrym mężem i ojcem. Potem wziąć z nim ślub i mieć gromadkę (byle nie za dużą!) dzieci. W międzyczasie dobra praca i mieszkanie na kredyt. A raz w roku na urlop gdzieś do ciepłych krajów. I naprawdę do tego dążysz, bo wierzysz w to, że to są Twoje marzenia i cele. Że właśnie tego pragniesz. 
Ale czy w którymś momencie znalazłaś chwilę dla siebie, by usiąść i pomyśleć, czego tak naprawdę chcesz? Czy nie przyjmujesz tego, co narzuca społeczeństwo jako swoje i nie ulegasz presji społecznej? Czy nie słuchasz głosu tłumu, który mówi Ci o tym, jak masz żyć? Jak masz przeżyć swoje własne życie? Może nawet wcale nie dajesz sobie szansy na refleksję, poznanie samej siebie i odpowiedź na pytanie, czego tak naprawdę chcesz. Czego czesz TY, a nie wszyscy dookoła. 

I ja nie mówię, że jest cokolwiek złego w tych schematach. Bo wiele osób naprawdę ma takie marzenia i jest bardzo szczęśliwa. Daleka też jestem od narzucania przeciwnych schematów i mówienia, że tylko wolne związki, dalekie podróże i własna firma. Bo to też nie o to chodzi. Najważniejsze, to dać sobie szansę poznać siebie i odpowiedzieć na pytania, czego tak naprawdę chcę ja. Nie ma nic złego w tym, by żyć inaczej, niż oczekuje tego świat. Nie musisz myć okien co trzy miesiące, a całej zastawy naczyń przecierać przed każdymi świętami. Ba, nawet nie musisz mieć zastawy. Wcale nie musisz się zażynać, żeby spłacić kredyt na mieszkanie, które Cię nie cieszy, bo wcale nie jesteś pewna, czy chcesz w tym miejscu zostać na stałe. To, że skończysz jakieś studia, wcale nie oznacza, że musisz potem pracować w zawodzie i nie możesz rzucić obranej drogi w cholerę i zacząć robić coś zupełnie innego. Prawo nie oznacza, że zostanę prawnikiem. Może tak, a może nie. Zobaczymy. Może pewnego dnia spakuję się i kupię bilet w jedną stronę do Tajlandii i znajdę jakiś sposób na życie? Kto wie... Pożyjemy, zobaczymy. Wiem, że chcę żyć po swojemu. Tak, żeby spełniać swoje marzenia i być szczęśliwa. Niekoniecznie poddając się presji społecznej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój dobre słowo, motywująca krytyka są dla mnie motorem do działania! Zostaw ślad po swojej obecności. :)