Czy jestem rasistką?

Jeżeli ktoś by się mnie zapytał, czy jestem rasistką, bez wahania odpowiedziałabym, że nie. Co to w ogóle za pytanie. Przecież szanuję ludzi innych narodowości, a dyskryminowanie ze względu na kolor skóry jest niesprawiedliwe i całkowicie bezpodstawne. Będąc jednak od prawie trzech tygodnie w Barcelonie, która jest pełna ludzi różnych narodowości, posługujących się różnymi językami, wyznających różne religie i o różnych kolorach skóry, zaczęłam się zastanawiać, czy w parze z moją deklaracją (która wydaje mi się naturalna i oczywista) idzie również zachowanie. Czy wzmożona czujność i ograniczone zaufanie to przejaw ostrożności czy dyskryminacji?





Z natury jestem ufną osobą i wierzę w ludzi. Szybko nawiązuje relacje i prawie nigdy nie zakładam z góry, że ktoś może mieć złe intencje. Bardzo rzadko bywam podejrzliwa. Tutaj jednak cały czas słyszy się, że ktoś został okradziony. Nawet są konkretne schematy działania przestępców. Jeden z nich wygląda tak, że ktoś Cię zagaduje, np. pytając o drogę i w ten sposób odwraca Twoją uwagę, by druga osoba mogła to wykorzystać i Cię okraść.
Gdy na ulicy podeszły do mnie dwie kobiety o śniadej cerze i zapytały o drogę, pierwsze co podświadomie zrobiłam, to złapałam za torebkę. Wyjęłam telefon i sprawdziłam, jak mają iść, aby dotrzeć do celu, ale co chwilę zerkałam na bok, by upewnić się, że nikt nie będzie próbował mnie okraść. I po chwili uświadomiłam sobie, jak bardzo niefajne to było. To były dwie kobiety, turystki dokładnie tak jak ja, które prawdopodobnie właśnie przyleciały do Barcelony, bo miały ze sobą duże walizki. Prawdopodobnie, gdyby miały jasną skórę, nie obawiałabym się, że to tylko forma odciągnięcia mojej uwagi. Mam nadzieję, że nie zauważyły tego, że się zestresowałam, bo byłoby mi bardzo głupio. Ale ta sytuacja dała mi mocno do myślenia.

Razem z koleżanką przez facebookową grupę studentów na Erasmusie, poznałyśmy chłopaka z Kolumbii, który później przedstawił nam swojego współlokatora, Wenezuelczyka. Naprawdę fajnie spędziłyśmy z nimi czas. Następnego dnia po drugim spotkaniu mieli się wybierać samochodem na urokliwą plaże oddaloną nieco od miasta. Zdjęcia z tej plaży wyglądały zjawiskowo i bardzo chciałyśmy się tam wybrać, ale rozsądek zwyciężył i zrezygnowałyśmy. Potem zadałam sobie pytanie, czy gdyby to byli Polacy albo na przykład Anglicy czy Francuzi, czy bym pojechała. I odpowiedź brzmi tak. Chociaż tak naprawdę niebezpieczeństwo i ryzyko, że mieli złe intencje jest mniej więcej takie samo. Tylko kolor skóry i kontynent, z którego pochodzą inny.
Całkiem niedawno w Łodzi, młoda dziewczyna poznała w autobusie dwóch chłopaków, którzy zaprosili ja na imprezę. Pojechała z nimi. Potem przez 10 dni brutalnie gwałcili ją zbiorowo. Udało jej się uciec, ale lekarze nie zdołali jej uratować. Zmarła kilka dni później. Rozmawiałyśmy o tym ze współlokatorkami, bo równie dobrze to któraś z nas mogła jechać tym autobusem. Nie wiem, jaką decyzję podjęłabym będąc na jej miejscu, ale nie wykluczam, że będąc w imprezowym nastroju, pojechałabym razem z nimi. A zakończenie tej historii znamy.





Nie żałuję decyzji, którą podjęłam, bo to tylko plaża, a ja jestem bezpieczna. Wiem, że trzeba być ostrożnym i nowo poznanych ludzi darzyć ograniczonym zaufaniem, ale czy w którymś momencie nie popadamy w paranoję? Czy naprawdę wszystko jest w porządku, gdy pierwsze, o czym myślę, gdy dwie śniade kobiety pytają mnie o drogę jest to, by uważać, aby nikt mnie nie okradł? Czy to normalne, że gdy do metra wsiada grupa czarnoskórych mężczyzn, odruchowo mocniej ściskam torebkę? Nie wiem, może to normalne w Barcelonie, w której takie rzeczy dzieją się bardzo często. Niby nie jestem rasistką, ale jednak czasami się tak zachowuję. Nie wiem na ile podświadomie, na ile z ostrożności, a na ile to jakieś uprzedzenia, do których się nie przyznaję. Trudno mi to wyważyć, bo z jednej strony bezpieczeństwo i ostrożność to podstawa, ale z drugiej strony to nie fair traktować ludzi z tak dużą nieufnością i dystansem tylko ze względu na kraj, w którym się urodzili.

Ale z drugiej strony, może po prostu czuję się w obcym kraju mniej pewnie niż w swoim i stąd ta ostrożność? Tak naprawdę moje podejście nie jest jakieś nadzwyczajne. Większość moich koleżanek w Polsce zachowałoby się z podobną rezerwą. Więc może to okazja, by nauczyć się, żeby nie być zbyt łatwowierną, a nie przejaw dyskryminacji rasowej? Nie poszłam do domu zapraszana zarówno przez Libańczyka jak i Holendra. Chętnie się spotykam z ludźmi różnych narodowości, poznaję ich, jestem ciekawa, jak wygląda życie w ich państwie i rozmawiam na różne tematy. Chyba więc ostrożności nie można nazwać przejawem rasizmu, choć przez chwilę taka myśl przeszła mi przez głowę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój dobre słowo, motywująca krytyka są dla mnie motorem do działania! Zostaw ślad po swojej obecności. :)