6 zmian, które sprawiły, że moje włosy dają radę

Kojarzycie te teksty z serii:" no w kolejce po długie nogi/ duże cycki/ zgrabny nos to ja zdecydowanie nie stałam!"? Zawsze mnie trochę bawią, ale jeśli o mnie chodzi, to jak rozdawali piękne i gęste włosy, to ja się zdecydowanie zgubiłam gdzieś na drugim końcu tej loterii. Co zrobić! Od dziecka walczyłam o to, by tych włosów mieć trochę więcej niż trzy na krzyż i pamiętam te okropne sesje z wcieraniem soku z czarnej rzepy w skórę głowy. Nie było to nic przyjemnego, a włosy jakie były, takie były i niewiele im pomagało. Kryzys włosowy spotykał mnie wielokrotnie i parę razy nawet zakończyło się to drastycznym cięciem. Wiecie, z jakiegoś powodu mam cały folder zdjęć kobiet z bardzo krótkimi włosami i co jakiś czas myślę sobie, jak bardzo wygodne by to było, ale ostatnio moje włosy naprawdę dają radę i całkiem nieźle się dogadujemy. W mojej pielęgnacji zmieniło się kilka kluczowych elementów, które miały na to wpływ i przyczyniły się do tego, że moje cienkie i delikatne włosy coraz rzadziej mają bad hair day.





1. Akceptacja 

Nie bój się, ten tekst nie będzie o tym, że trzeba po prostu pokochać to co się ma i świat stanie się piękny, bo kolejne punkty, to będą konkretne rozwiązania, które sporo u mnie zmieniły, ale muszę zacząć od tego punktu, bo w kwestii włosów jest bardzo ważny. Są pewne rzeczy, których nie uda nam się całkowicie zmienić i trzeba się z tym pogodzić. Można zadbać o włosy, odpowiednio je pielęgnować, walczyć o to, żeby niszczyły się jak najmniej, ale są pewne poziomy, których się nie osiągnie i tyle. Nigdy nie będę jak Roszpunka, sorry. Akceptacja to też poznanie tego, jakie te włosy się ma i uświadomienie sobie, że każdy rodzaj wymaga innej pielęgnacji. A to już krok milowy do tego,  żeby ujarzmić czuprynę i być z niej całkiem zadowolonym. No i dzięki temu łatwiej poznać zalety swoich włosów i przestać się skupiać na negatywach. Okej, moje włosy są cienkie, plączą się i często mają problem z objętością. Ale za to są podatne na każdą stylizacje, delikatne i miłe w dotyku, lekkie i schną na tyle szybko, że bez problemu mogę umyć je rano. To są super zalety!

2. Siemię lniane 

Że siemię jest dobre na włosy, wiedziałam od dziecka, bo próbowali wmuszać mi taką miksturę do picia, żeby włosy były zdrowsze. Ale ze smakiem i konsystencją siemienia (nawet wersji odtłuszczonej) nie polubiłam się do dzisiaj i nie ma szans, żebym to wypiła. Okazuje się jednak, że siemię można wykorzystać także inaczej. Glut ugotowany z ziarenek siemienia jest niesamowicie wartościową odżywczo bombą dla włosów. Od czasu do czasu używam go jako maseczki nawilżającej, ale przede wszystkim codziennie służy mi jako stylizator do ugniatania włosów i pomaga wydobyć z nich objętość. No własnie! Co z tym ugniataniem?

3. Jak kręcone 

Od zawsze miałam podatne włosy z tendencją do falowania. Nie oszukuję się, że będę miała kiedyś bujną burze loków, bo jednak moje włosy są bardziej proste (chociaż jak oglądam niektóre metamorfozy dziewczyn, które zaczęły świadomie dbać o włosy i traktować je jak włosy kręcone, to jestem pod ogromnym wrażeniem!). Ja na razie nie stosuję się do wszystkich zasad, bo jestem trochę leniwa, a dbanie o włosy kręcone jest znacznie bardziej wymagające niż o proste. Przejęłam jednak kilka zasad i technik i przede wszystkim zmieniłam metodę wycierania włosów. Nie zawijam ich po prostu w ręcznik, a ugniatam, aby od razu nadać im kształt fal. Potem używam gluta z siemienia, który działa jak stylizator. Moje włosy są jednak na tyle specyficzne, że nierozczesane na sucho (a to największy grzech kręconowłosych!) wyglądają, jakby nie myła ich sto lat. U mnie ta metoda sprawdza się jednak dobrze, bo włosy zostają delikatnie  pofalowane, a ja dzięki rozczesaniu zyskuję niezłą objętość, która zawsze jest u mnie najbardziej pożądanym efektem.



4. Koszulka zamiast ręcznika 

Wiedziałam o tym od jakiegoś czasu, ale jakoś nie do końca sobie to wyobrażałam i nie widziałam w tym aż tak ogromnego sensu. Jednak, postanowiłam spróbować, głównie dlatego, że koszulka bardzo dobrze nadaje się do ugniatania włosów i ploppingu. Po kilku miesiącach wycierania włosów (a w zasadzie odciskania z nich wody) w bawełnianą koszulkę zauważyłam, że moje włosy są mniej zniszczone, a końcówki dużo dłużej zostają nierozdwojone, niż wtedy, gdy używałam w tym celu szorstkiego ręcznika. Niestety, do wycierania w koszulkę trzeba się przyzwyczaić. Jest inne i mniej wydajne w porównaniu do wycierania włosów w ręcznik. Koszulka jest potem kompletnie mokra i długo schnie, trzeba ją często wymieniać itd., cały proces trwa też dłużej niż w przypadku ręcznika, ale myślę, że efekt jest wart tego, by trochę się pomęczyć. Czasami zdarza mi się na szybko zarzucić ręcznik na głowę i widzę wtedy różnicę- włosy układają mi się dużo gorzej.

5. Senes 

Senes jest jednym z ziół pogrubiających włosy. Gdy zobaczyłam efekt u Klaudii z Gnome Household (tu odsyłam też po całą wiedzę na temat ziół, bo Klaudia robi na tym polu kawał dobrej roboty), pomyślałam od razu, że muszę tego spróbować! Lubię jednak swój blond tak bardzo, że henna i rudości dla mnie zupełnie nie wchodziły w grę, mimo że efekt jest najlepszy. U mnie nie ma takiego szału jak u Klaudii, bo na senes zdecydowałam się dopiero kilka razy. Robię to ze sporymi odstępami czasu, bo senes podbija u mnie żółty odcień i wyglądam jak Karyna po nieudanej koloryzacji. Ogarnęłam jednak szampon dla rozjaśnianych blondów z granatowym barwnikiem i to całkiem dobre rozwiązanie na to, by z powrotem ochłodzić kolor. Staram się jednak nie przesadzić, żeby utrzymać ten kolor w równowadze. Jednak juz po pierwszym razie widziałam różnicę, bo pojedynczy włos stał się grubszy, silniejszy i bardziej elastyczny.

6. Bardziej świadoma pielęgnacja

Ostatni punkt nazwałam bardziej świadomą pielęgnacją, bo do tego, żeby świadomie pielęgnować włosy i orientować siew temacie brakuje mi bardzo dużo. Pomocna była dla mnie książka Natalii z Blondehaircare, którą dostałam na urodziny. Również na facebooku jest mnóstwo grup, z których można czerpać wiedzę. Dla mnie składy nadal są czarną magię i po prostu przed zakupem nowego kosmetyku, sprawdzam w takich grupach co to jest, czy jest w porządku i dla kogo jest polecany. Dowiedziałam się też, że jest coś takiego jak równowaga PEH i musze używać różnorodnych kosmetyków, aby dostarczać włosom protein, humektantów i emolientów. Nauczyłam się też, że moje cienkie włosy lubią proteiny, bo te sprawiają, że stają się silniejsze i trochę mniej wiotkie, ale nie mogę codziennie zarzucać je tym składnikiem, bo potem się dziwię, że zupełnie mi ten produkt nie służy, a tak naprawdę przeproteinowałam włosy. To wszystko brzmi trochę strasznie i skomplikowanie. Na samym początku wydawało mi się, że to jakaś czarna magia i nadal to dla mnie mocno skomplikowane inie czuję się nawet w minimalnym stopniu kompetentna do tego, by o pielęgnacji włosów opowiadać, ale Internet jest tak ogromną kopalnia wiedzy, że każdy może zacząć bardziej świadomie dbać o włosy i naprawdę mówię Wam - to działa! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój dobre słowo, motywująca krytyka są dla mnie motorem do działania! Zostaw ślad po swojej obecności. :)