Piątek - biały czy czarny?

Od kilku dni moja facebookowa tablica jest zalana  na zmianę - białym i czarnym piątkiem. W zasadzie miało innych informacji jest w stanie się przebić przez zmieniane zdjęcia profilowe. Niezależnie od koloru, który dana osoba popiera, pod zdjęciami zaraz wywołuje się burza, bo to osoba ma znajomych z tej drugiej opcji. A ja siedzę z boku i się zastanawiam, czy to wszystko w takiej formie ma jakikolwiek sens? Czy tak naprawdę ci ludzie, którzy tak bardzo walczą ze sobą nawzajem różnią się aż tak bardzo od siebie? A może wbrew pozorom ich poglądy są całkiem podobne, tylko w tym wszystkim nie ma miejsca na normalną rozmowę i wymianę argumentów? Może tak naprawdę to kwestia kategorycznego określenia, czy jest się po stronie białej czy czarnej, zamiast słuchania drugiej osoby? A gdzie w tym wszystkim jestem ja? Dokładnie nigdzie.






Nie lubię wszelkich marszów i protestów. Pierwszy raz na proteście byłam pod bełchatowskim sądem. Przyszło kilkanaście osób, zaśpiewało hymn, zapaliło znicz i poszło. Gdy więc wybrałam się na taki protest w Gdyni, spodziewałam się czegoś podobnego. Wtedy jednak uświadomiłam sobie, że nie chcę brać w tym udziału. Tłum ludzi skandujący różne hasła i walczący o wolność i demokrację, którą nam zabrano. A jakby nie patrzeć, to przecież taki protest właśnie przejawem demokracji i wolności jest. Agresja i nawoływanie do skandowania różnych haseł przez prowadzących protest sprawiły, że uświadomiłam sobie, że nie chcę być częścią takich wydarzeń. Bo mogę mieć swoje poglądy, mogę się nie zgadzać z danym projektem ustawy, z wprowadzanymi zmianami, mogę chcieć też próbować te poglądy wyrażać i zapobiegać tym zmianom, ale nie agresją i obrażaniem się nawzajem. Wydawało mi się, że idę w miejsce, w którym ludzie walczą o ideę, a prawda była taka, że większość nawet nie miała pojęcia o założeniach projektu, tylko chodziło o to, że nie lubi obecnej władzy i każdy powód jest dobry by to zamanifestować.

I trochę podobnie jest w tym przypadku. Prawda jest taka, że oba marsze są bardzo politycznie nakręcane i daleko już odeszły od idei i walki o poglądy. Nie mówiąc o tym, że kolejne projekty ustaw "antyaborcyjnych", pojawiają się, gdy w polityce dzieje się coś ważnego, co warto by było zamieść pod dywan, wykorzystując medialną aferę wokół aborcji. Bo aborcja w naszym kraju to bardzo chwytliwy temat, który budzi tak wiele kontrowersji, że mało kto potrafi przejść obojętnie. I nie chodzi mi tu o obojętne przechodzenie obok śmierci nienarodzonych dzieci, a o zignorowanie burzliwych i pieniackich dyskusji. To taki temat zapalnik, który sprawia, że normalnie kulturalni i otwarci na różne poglądy ludzie, przestają potrafić ze sobą rozmawiać.

A może w rzeczywistości te dwa obozy wcale nie są tak daleko od siebie? Bo gdy w Wysokich Obcasach pokazał się tekst pod tytułem "Aborcja jest ok!", jakoś nie trafiałam na zachwyty ideą i pomysłem. Raczej tekst budził ogólny sprzeciw i zażenowanie. Większość osób popierających czarny protest nie jest zwolennikiem aborcji na życzenie. Myślę też, że mało kto z tych osób deklaruje, że na 100% taką by zrobił. Więc tak naprawdę ta różnica nie jest aż tak duża, jak mogłoby się to wydawać, patrząc na trwające spory i walki.



Tylko, że światopogląd i prywatne podejście do kwestii aborcji to jedno, a kodyfikacja to drugie. I mam wrażenie, że niektórzy zapominają, że prawo jest tworzone dla wszystkich obywateli i religia nie powinna mieć wpływu na przepisy prawa. To, że prywatnie jestem za pełną liberalizacją, czy za całkowitym zakazem nie jest jedynym wyznacznikiem tego, jak powinno wyglądać prawo. Prawo powinno spotykać się gdzieś po środku i realizować swoje zadania. Nie każde zachowanie, które jest moralnie niewłaściwe, powinno być penalizowane. A że mamy społeczeństwo o dość zróżnicowanych poglądach, to moim zdaniem obecna ustawa jest dobrym kompromisem, który daje możliwość wyboru w bardzo trudnych sytuacjach. No własnie wyboru. Nikt tu nikogo do niczego nie zmusza. Raczej powiedziałabym, że częściej próbuje się zmuszać do rodzenia. Podczas jednej z konferencji przedstawicielka fundacji zajmującej się pomocą ofiar gwałtów, opowiadała o dramacie kilkunastoletniej dziewczynki, zgwałconej przez ojca, która jeździła od kliniki do kliniki, by znaleźć pomoc na drugim końcu Polski. Klauzula sumienia... Czy naprawdę taki dramat powinien mieć miejsce?

I na sam koniec. Mam świadomość, że obie strony walczą o to, co wydaje im się być najsłuszniejsze. I ja zupełnie nic do tego nie mam. Ale nie jestem przekonana, czy to jest najlepszy pomysł. Marsze "pro-life" z makabrycznymi zdjęciami w środku miasta raczej nie spotykają się z aprobatą społeczeństwa. Z kolei po drugiej stronie zdarzają się bardzo nietrafione akcje i wywiady, które zamiast pomagać, szkodzą. Może zamiast słownych przepychanek i deklaracji lepiej zacząć działać? Może jeśli jesteś przeciwnikiem aborcji, zamiast pokazywać drastyczne zdjęcia, zacznij pokazywać możliwości i miejsca, w których można uzyskać pomoc? Samo tworzenie nowych regulacji nie rozwiązuje wszystkich problemów, bo razem z całkowity zakazem aborcji rodzi się wiele nowych problemów, o rozwiązaniu, których mało kro myśli. Może warto zacząć od tej strony?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój dobre słowo, motywująca krytyka są dla mnie motorem do działania! Zostaw ślad po swojej obecności. :)