Jestem kobietą i nic tego nie zmieni

Jestem kobietą i nic nie sprawi, że będę się czuła mniej kobietą, niż jestem. Nie czuję się dyskryminowana z tego powodu, że jestem kobietą. Nie uważam też, żebym była gorsza tylko dlatego, że jestem kobietą. Oczywiście mam różne cechy, predyspozycje i umiejętności więc siłą rzeczy robię jedne rzeczy lepiej, a inne gorzej. Skoro jednak sam fakt bycia kobietą nie sprawia, że jestem gorsza ogólnie, to nie potrzebuję też przywilejów i ułatwień. Nie potrzebuję, żeby ktoś mi gwarantował równe zarobki, tworzył specjalnie dla mnie jakieś pokraczne słowotwórczo nazwy zawodów i zapewniał ilość miejsc w Sejmie. Jestem kobietą i świetnie sobie radzę z wieloma sprawami, co nie znaczy, że nie potrzebuję czasami pomocy. Są rzeczy, w których jestem beznadziejna i potrzebuję pomocy faceta. Nie umniejsza to mojej kobiecości. Jestem kobiecą kobietą, maluję się i noszę ładne sukienki. Gdy ktoś mnie komplementuje, nie czuję się głupsza, albo mniej wartościowa. Jestem kobietą, ale nie muszę udowadniać tego na siłę i manifestować na każdym kroku.




Wokół kobiet, ich praw i kobiecości wiecznie toczą się jakieś dyskusje. O psycholożkach, ministrach i premierach głośno było już jakiś czas temu. Temat trochę ucichł, chwilowo nie przewijają się w mediach wielkie walki o równouprawnienie w tej kwestii. Co jakiś czas mignie gdzieś jakaś socjolożka czy politolożka, ale nie ma jakiejś wielkiej spiny.
Jakiś czas temu na jednej z facebookowych grup dla prawniczek trafiłam na wątek dotyczący tego, jak panie wolą być nazywane- normalną (czyt. męską) wersją nazwy zawodu, czy żeńską. Ku mojemu zdziwieniu wiele pań lubi być nazywanych mecenaskami, adwokatkami, radczyniami prawnymi, komorniczkami itp. I tak się zaczęłam zastanawiać, czy mi przeszkadza, że potencjalnie ktoś będzie nazywał mnie prokuratorem albo adwokatem, opcjonalnie panią prokurator/ adwokat. I wiecie co? Zupełnie mi to nie przeszkadza.



Jestem kobietą i nic tego nie zmienia. To, czy jestem nazywana prokuratorem czy prokuratorką, psychologiem czy psycholożką itd., nie wpływa na to, czy jestem mniej czy bardziej kobieca.
Okej, okej nasz język teoretycznie jest dyskryminujący. Niemcy nie mają tego problemu, bo dorzucają do wszystkiego końcówkę -in i mają zawód dla kobitek, Czesi i Słowacy też podobno sobie radzą. A my przy części zawodów mamy odpowiednik dla obu płci, a przy części niby nie. Anglicy nie mają w ogóle i jakoś z tym żyją. Czemu pisze, że niby nie mamy? Bo moim zdaniem mamy rozróżnienie i wersję żeńską praktycznie każdego zawodu. Jest przecież ten minister i ta minister, ten prokurator i ta prokurator, ten psycholog i ta psycholog itd. To są po prostu tak samo brzmiące formy, ale w zdaniu przecież widać różnicę. Np. Zapytałam ministra o reformy szkolnictwa, ale zapytałam minister o reformy szkolnictwa. O powodach, dla którego nasz język tak funkcjonuje i dlaczego takie formy się nie przyjmują i nie brzmią dobrze jest wiele, ale nie o tym dzisiaj jest ten tekst. Ale nawet gdyby nie było widać różnicy, to ja nadal nie widzę problemu. Czy to cokolwiek zmienia? Czy sprawia, że jestem mniej kobietą? No nie.
Czytałam sporo na ten temat i w wielu miejscach pada argument, że często na książkach pojawia się zwrot: Drogi czytelniku! A kobieta jest przecież czytelniczką, więc czemu jest wrzucana do jednego wora z facetami? Nikt nie dopuścił by do napisania: Droga czytelniczko! i skierowania tego również do mężczyzn. Nie wiem jak Ty, ale ja nie czuję się jakoś urażona albo dyskryminowana tym, że ktoś zwraca się do mnie czytelniku. Zgodnie z definicją SJP czytelnikiem jest ten, kto czytuje książki. Nie mężczyzna, który czyta książki, tylko każda osoba. Poza tym, że jestem kobietą, jestem też przecież człowiekiem, więc mogę być także czytelnikiem. A facet czytelniczką już średnio może być, bo to przecież czytająca kobieta. Naprawdę nie wiem, co tu jest trudnego do zrozumienia, dyskryminującego, czy uwłaczającego kobiecej godności.



Mamy XXI wiek, równy dostęp do edukacji, prawo wyborcze, możliwość zajmowania praktycznie każdego stanowiska. Czemu więc ciągle walczymy o to, żeby nie być dyskryminowane? Ja dyskryminowana się nie czuję. I bardzo doceniam to, co kobiety przez lata wywalczyły. Ale to już mamy. Nie czuję się dyskryminowana. Serio, nie mam pojęcia w jakiej sferze miałabym się czuć dyskryminowana. Nie czuję się źle z tym, że ktoś nazwie mnie studentem, a nie studentką. Nie czuję, że ktoś mnie dyskryminuje jako kobietę, bo nie wymyśla dla mnie nazw zawodów. Według statystyk kobiety teoretycznie zarabiają mniej niż mężczyźni, ale uważam, że zarabiają dokładnie tyle, ile sobie wynegocjują. Pracując na tym samym stanowisku mogę zarabiać zarówno mniej, jak i więcej co mężczyzna na tym stanowisku. To zależy od tego, czy jestem od niego lepsza w tym, co robię i czy wynegocjuję większą stawkę. A zasadniczo bycie kobietą w tym nie przeszkadza. Jako jedną z przyczyn niższych zarobków kobiet podaje się przerwy w zatrudnieniu spowodowane urlopem macierzyńskim. I fakt, tylko kobieta może urodzić dziecko i jednak znacznie częściej to ona zostaje z nim w domu. Czy to jednak oznacza, że jest dyskryminowana z tego powodu, nawet jeśli zarabia mniej? To przecież często przekłada się na mniejsze doświadczenie, krótszy staż pracy itd., w porównaniu do mężczyzny, który w tym czasie rozwijał się zawodowo. Ale macierzyństwo jest przecież kwestią decyzji. Jeśli to jest dyskryminacja, to zarzuty należy kierować pod adresem natury. 



Są dziedziny, w których jestem lepsza i takie, w których wielu mężczyzn znacznie mnie przewyższa. I to normalne. Nie czuję się dyskryminowana przez to, że w kopalniach pracują mężczyźni, a do pracy szuka się górników, a nie górników i górniczek. Sorry, ale byłabym beznadziejnym górnikiem. Ale czy to stoi na przeszkodzie, żeby jakaś kobieta została górnikiem? Myślę, że w dzisiejszych czasach, jeśli tylko podoła fizycznie i będzie wystarczająco dobra, nic nie stoi na przeszkodzie. No ale nie oszukujmy się w przypadku ciężkiej, fizycznej pracy zazwyczaj jednak lepszy będzie mężczyzna. I nie dlatego, że jest mężczyzną, tylko dlatego, że jest silniejszy fizycznie. To nie jest żadna dyskryminacja. Nie jestem gorsza przez sam fakt bycia kobietą, więc nie potrzebuję żadnych przywilejów i ułatwień. Nie potrzebuję parytetów, żeby się dostać na siłę do Sejmu, bo mogę być wystarczająco dobra i zwyczajnie lepsza od innych kandydatów, żeby się dostać. A z drugiej strony wciskana na siłę na listę kobieta, byle zająć wymaganą ilość miejsc dla kobiet, może blokować miejsce dla mężczyzny, który ma lepsze od niej predyspozycje. Płeć nie powinna być tu żadnym wyznacznikiem.



Dziwi mnie, gdy kobiety się oburzają, że zostały skomplementowane w oficjalnej sytuacji, w pracy, podczas egzaminu itd. Facet w tej samej sytuacji nigdy by nie usłyszał, że ładnie wygląda. No pewnie nie, bo mężczyzn jednak zbyt często się nie komplementuje. Jakiś czas temu po ustnym egzaminie, po wpisaniu oceny, profesor powiedział mi, że tak na marginesie, to bardzo mu się podoba jak wyglądam. Czy poczułam się z tym źle? Nie. Czy powiedziałby to do mojego kolegi? Nie. Czy to oznacza, że jestem dyskryminowana? No nie. Zrobiło mi się miło, może trochę się zawstydziłam, ale grzecznie podziękowałam. I na pewno nie odebrałam tego tak, że mój wygląd w jakikolwiek sposób ogranicza moją wiedzę. Wiedzę mam i potrafię ją obronić, a to czy ktoś skupi się wyłącznie na niej, czy zupełnie przy okazji skomplementuje wygląd nie ma żadnego znaczenia. No nie przesadzajmy. To przecież normalne, że gdy patrzymy na rozmówcę, to dokonujemy jakiejś oceny wyglądu. A komplement to zawsze miła rzecz. A skomplementowanie mężczyzny w analogicznej sytuacji zwyczajnie nie przyszłoby nikomu do głowy.



Jestem kobietą i nic tego nie zmienia. W zasadzie to nawet nie chcę, żeby ktoś nazywał mnie w przyszłości prokuratorką czy adwokatką, bo brzmi to dla mnie źle. Nie sprawi, że będę mniej kobieca, gdy ktoś powie do mnie pani mecenas, a nie pani mecenasko. Nawet gdybym została radcą prawnym, a nie radcą prawną, a nawet nie radczynią prawną (brr... jak to brzmi!), to nadal będę tak samo kobiecą kobietą. W końcu nazywam się Tkacz i nie sądzę, że forma: Tkaczka sprawiłaby, że byłabym bardziej kobietą niż jestem. Lubię swoją kobiecość, ale nie muszę manifestować jej na każdym kroku. Z drugiej strony, gdy ktoś ją docenia i zauważa, to nie udaję, że ona nie istnieje, nie ukrywam jej i się nie wstydzę. Gdy ktoś mi powie, że jestem ładną kobietą, to grzecznie podziękuję za komplement, a nie powiem, że jest niestosowny. Bo to, że jestem ładną kobietą, nie oznacza, że jestem traktowana mniej poważnie. A sukienka jest z Zaful.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój dobre słowo, motywująca krytyka są dla mnie motorem do działania! Zostaw ślad po swojej obecności. :)