Nigdy nie będę mistrzem planowania

Koleżanka kiedyś przypadkiem spojrzała w mój kalendarz i stwierdziła, że to dość zabawne, że mam zapisane hasło: "Tekst: nie potrafię planować", bo to świadczy o tym, że jednak całkiem sporo planuję. To było jakoś w połowie grudnia, a ja do tego tekstu usiadłam dopiero dzisiaj. Hasło przepisywałam z tygodnia na tydzień, żeby o nim nie zapomnieć. Owszem, mam kalendarz i nawet z niego korzystam. Zapisuję sobie, co mam zrobić, o czym pamiętać, spisuję listy zakupów i tym podobne sprawy. Planowanie i dobra organizacja to z jednej strony podstawa mojej codzienności, a z drugiej nie jestem mistrzem planowania i pewnie nigdy nie będę. Prowadzenie bullet journala wydaje mi się największym koszmarem, a mój kalendarz wygląda tak, że macie szansę zobaczyć go tylko z zewnątrz. A Ty po której stronie mocy jesteś - bliżej Ci do #bujogirl, czy kalendarz i notatki traktujesz raczej pomocniczo? 




Nie dotrzymuję swoich planów 

No co się będę oszukiwać. Anegdotka z początku tego tekstu jest najlepszym tego przykładem. To, że coś sobie zapiszę w kalendarzu wcale nie oznacza, że to zrobię. Oczywiście o ile nie jest to jakaś pilna sprawa, albo zobowiązanie, z którego muszę się wywiązać. Dlatego nie oszukuję się i nie planuję wszystkiego skrupulatnie. Nie jestem w stanie przewidzieć, czy danego dnia będę miała czas coś zrobić, czy nagle mi coś nie wypadnie, albo czy zwyczajnie nie będę się źle czuła i będę wolała zakopać się pod kocem. 

Przeraża mnie planowanie każdego szczegółu

O ile są takie rzeczy, nad którymi staram się panować i planuję sobie na przykład miesięczne wydatki, o tyle nie wyobrażam sobie planować każdego szczegółu. Robiłam kilka podejść do planowania posiłków chociażby i u mnie się to kompletnie nie sprawdza. A przynajmniej nie w skali tygodniowej. Zdarzało mi się wiele razy, że zaplanowałam w niedzielę, co będę jadła w czwartek, a w czwartek nie miałam na to zupełnie ochoty i ten plan zmieniałam. Może to pierdoły, a ja jestem niekonsekwentna, ale kurde lubię robić w życiu to, na co akurat mam ochotę, a szczegółowe plany mi w tym przeszkadzają. 


Szkoda mi czasu 

Może to zabrzmi kuriozalnie, bo przecież planowanie ma sprawić, że mamy więcej czasu, ale mi go zwyczajnie szkoda na to, żeby siedzieć i ładnie rozrysowywać swój przyszły tydzień. Każde zadanie rozkładać na mniejsze cele i odhaczać po kolei każdy punkt z listy. Ja nie krytykuję takiego podejścia, bo czasami z zachwytem podpatruję różne bullet journale, ale to zupełnie nie dla mnie. Pomijając znikome zdolności manualne, to w tym czasie wolę po prostu zabrać się do roboty. W kalendarzu spisuję głównie ważne sprawy, które muszę załatwić i o których muszę pamiętać. Czasami wpisuję jakieś pierdoły, bez których nie zginę, ale o których chcę pamiętać, np. zakup filtrów do butelki. 

To nie jest tak, że ja nie planuję 

Skłamałabym, że w ogóle nie planuję. Planuję i to sporo, ale na swój sposób. Czasami nawet lubię sobie usiąść i coś ładnie rozrysować i pokolorować, prawie jakby to był bullet journal, ale to zdarza się rzadko. Takie ładne plany tworzę raczej długoterminowo. Zrobiłam sobie ładnie spisaną listę moich noworocznych postanowień i celów, zrobiłam też oddzielną listę z podróżniczymi marzeniami na ten rok. Zajęło mi to trochę czasu i wygląda całkiem nieźle. Postanowiłam też robić sobie listy z miesięcznymi celami, które konkretyzują moje noworoczne postanowienia. To taka próba to większej organizacji życia, zobaczymy, co mi z tego wyjdzie. W każdym razie takie plany mają szansę sprawdzić się u mnie w przypadku długoterminowych celów. Na co dzień dużo bardziej sprawdza się u mnie dość chaotyczny kalendarz z zapiskami, które ciągle się zmieniają. 


Wszystko zależy od okoliczności 

Przyznam się też do tego, że są takie momenty w roku, kiedy skrupulatne planowanie ratuje mi tyłek. Tak jest na przykład przed sesją. Chociaż tego nie lubię i na co dzień się u mnie nie sprawdza, to przed sesją planuje posiłki z tygodniowym wyprzedzeniem. Dzięki temu nie muszę codziennie myśleć, co zrobić i iść do sklepu po potrzebne produkty. Robię jedne większe zakupy i mam wszystko, czego będę potrzebować w tygodniu. To pozwala mi zaoszczędzić czas, który jest wtedy na wagę złota. Staram się planować też blogowe teksty, ale zupełnie nie w ten sposób, że mam zapisane, że w poniedziałek będzie tekst o tym i o tym, a w środę o tym. Nie czuję tego. Mam za to listę pomysłów na teksty i jeśli akurat nie nurtuje mnie jakiś temat, o którym chcę napisać, to sięgam do tej listy. To bardzo pomaga i sprawia, że publikuję systematycznie. (Jeśli jest jakiś temat, o którym chciałabyś przeczytać, to daj znać, dopiszę do swojej listy! :)) 

Jestem ciekawa, jak to jest u Was z planowaniem? Czy raczej to narzędzie pomocnicze w codzienności czy może bez Waszego bullet journala czujecie się jak bez ręki i niezaplanowany szczegółowo tydzień nie może się udać? Dajcie znać w komentarzach! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój dobre słowo, motywująca krytyka są dla mnie motorem do działania! Zostaw ślad po swojej obecności. :)