Nie możesz tego zmienić? Zaakceptuj!

Często trafiam na teksty o tym, jak coś zmienić w życiu. Jak zacząć, jak działać, jak się motywować. O tym, żeby być dream yourself i nie użalać się nad tym, że coś jest nie tak, tylko spróbować to zmienić. I takie podejście jest dobre. Bo trzeba walczyć o to, żeby być szczęśliwym, spełnionym i zadowolonym z siebie. Jeżeli coś nam przeszkadza- czy to w życiu, czy w wyglądzie, w naszym otoczeniu, to warto podjąć działanie i spróbować to zmienić.
Pytanie powstaje, co masz zrobić, jeżeli jest coś, czego nie znosisz, ale nie możesz tego zmienić? Odpowiedź jest jedna: zaakceptuj to! Pewnie właśnie sobie myślisz, że łatwo mi mówić, ale co ja tak naprawdę wiem o Twoich problemach. O Twoich pewnie nic, ale opowiem Ci kilka moich przykładów, których nie mogąc zmienić, zaakceptowałam. I powiem Ci jedno- tak jest mi lepiej. 

nie-mozesz-zmienic


Mogę powiedzieć, że nie mam kompleksów. Są rzeczy w moim ciele, które lubię bardziej i takie, które lubię mniej. Długo miałam problem z tym, jak wyglądają moje włosy. Z pożądaniem patrzyłam na posiadaczki gęstych włosów. Piękne kręcone czupryny, długie, gęste i idealnie proste. Każde włosy były lepsze niż moje. W którymś momencie nie lubiłam ich do tego stopnia, że ścięłam je krótko, bo nie mogłam wytrzymać. 
Cięcie to był dobry pomysł, bo pozbyłam się słabych i cienkich końcówek, a do "nowych" włosów podeszłam z większą świadomością i zaczęłam o nie dbać. Jasne, to trochę pomogło, bo przede wszystkim były zdrowe, dzięki różnym wcierkom wyrosło trochę baby hairów. Jest lepiej, ale nigdy nie zmienię tego, że mam cienkie włosy. Takie mam i tyle. Ale to co mogłam zrobić, to je lepiej poznać, zaakceptować i nauczyć się kilku trików, które pomagają mi w kryzysowych chwilach. Mam kilka ulubionych kosmetyków, które dodają objętości i kilka sprawdzonych fryzur na bad hair day. Powiem Wam, że to działa i od dawna już moje włosy mnie nie denerwują. A kiedyś wyglądały naprawdę słabo- cienkie i z objętością mniejszą niż zero. 

nie-mozesz-zmienic

Idąc dalej tropem kompleksów- kiedyś nienawidziłam swoich stóp. To był dla mnie do tego stopnia duży problem, że swego czasu nosiłam ohydne sandałki z zakrytymi palcami (coś takiego). Na obrazku nie wyglądają źle, ale odcinały mi nogi i cała sylwetka źle wyglądała, ale... nie było widać stóp! W końcu do mnie dotarło, że prawdopodobnie, gdy idę na spacer w sandałkach, to nikt nie patrzy na to, jak wyglądają moje palce u nóg i na prawdę nikogo to nie obchodzi. Pomogło mi też to, że zadbałam o nie- zaczęłam malować paznokcie na czerwono, czyli najbardziej odważnie, jak tylko można, robić im spa, jakieś peelingi, maseczki itd. A potem postanowiłam je oswajać i robić im zdjęcia. Na początku od razu je usuwałam, bo były dla mnie fuj. Potem doszłam do tego etapu, że wrzuciłam parę razy zdjęcia na Instagrama. I wiecie co? Nikt ich nie zhejtował. Nie zmieniłam moich stóp, nie da się tego zrobić. Po prostu spróbowałam je zaakceptować. Nie sprawiło to, że stały się moja ulubioną częścią ciała, ale chociaż nie wstydzę się założyć odkrytych butów, a na basenie nie patrzę, czy ktoś mi patrzy na stopy.
Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Nikola Tkacz (@nikolatkacz)


A teraz z innej beczki. Po maturze zdawałam do szkoły aktorskiej. To było moje największe marzenie, na które nakręcałam się przez kilka lat i nawet nie brałam pod uwagę, że się nie spełni. Nie udało się. Bardzo długo mnie to bolało i nie umiałam się do końca z tym pogodzić. Pierwszy rok prawa był dla mnie czasem narzekania na kierunek i studia, bo to nie jest aktorstwo i w ogóle bez sensu. Podjęłam jednak taką decyzję- nie zdecydowałam się na przykład na żadną prywatną szkołę (i dla ścisłości nie żałuję tego) i musiałam tę decyzję zaakceptować. To niby jest jedna z tych rzeczy, które można zmienić, bo można wszystko rzucić i postawić na jedną kartę. Znam takie osoby i bardzo je podziwiam, ale ja wybrałam inną wersję. Doszło do mnie, że muszę zaakceptować to, że tak wyszło, bo inaczej nie będę szczęśliwa. Po akceptacji samoistnie przyszła kolej na następny etap. Dostrzegłam to, że wcale nie byłabym szczęśliwa w szkole aktorskiej, która jest tak mocno angażująca, że nie mogłabym sobie wracać w ciągu dnia i robić obiadu chociażby, a bardzo to lubię i nie wyobrażam sobie spędzać w szkole całego dnia. Uświadomiłam sobie, że chyba bym się zapłakała na zajęciach związanych ze śpiewem, tańcem, rytmiką, bo nawet zumba irytuje mnie tak, że nie mogę wytrzymać na niej dłużej niż 10 minut. Ale wcześniej wychodziłam z założenia: jakoś to będzie. Teraz mam świadomość, że dobrze się stało. Robię to, co potrafię najlepiej- uczę się, w dużej mierze pamięciowo, a zapamiętuję szybko, więc wykorzystuję swój potencjał. A na aktorstwo też się znajdzie miejsce, ale w takim wymiarze, w jakim mi to sprawia przyjemność. A zmiana podejścia zaczęła się od akceptacji porażki. 

nie-mozesz-zmienic

Może te przykłady wydają Wam się banalne, ale uważam, że świetnie obrazują o co chodzi i ile może zmienić proces akceptacji. Nie wszystko da się zmienić, choćbyśmy chcieli. Ale nie poddawaj się i nie zniechęcaj, bo nie warto. Zaakceptuj to i  spróbuj oswoić. Jeżeli tekst był dla Ciebie przydatny, to podziel się nim z innymi :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój dobre słowo, motywująca krytyka są dla mnie motorem do działania! Zostaw ślad po swojej obecności. :)